Strona Główna NewsyAktualności Akhenaton feat. Fonky Family – Bad Boys de Marseille (klasyk)

Akhenaton feat. Fonky Family – Bad Boys de Marseille (klasyk)

by Tymek
167 wyświetleń

Akhenaton feat. Fonky Family – Bad Boys de Marseille (klasyk)
W dzisiejszym odcinku cyklu „Klasyk” wracamy do momentu, który zdefiniował marsylską scenę lat 90. i na zawsze wyznaczył granicę między „przed” a „po” w historii rapu z południa Francji. Choć Fonky Family – Le Rat Luciano, Sat, Don Choa, Menzo, Pone i DJ Djel – oficjalnie zawiązało szyki w 1994 roku, to ich wejście na ogólnokrajową scenę odbyło się dzięki zaproszeniu od lidera IAM, Akhenatona. To historia o wielkim sukcesie, nowojorskim lecie spędzonym w ubraniach na cztery dni, wojnie z wytwórnią o teledysk i monitorze komputerowym, który o mało nie wylądował na głowie urzędnika SACEM.

„Nie spaliśmy tej nocy”
Żeby zrozumieć wagę tego spotkania, trzeba cofnąć się o krok. IAM w 1995 roku to nie była już kapela z podziemia. „…de la planète Mars”, „Ombre est lumière”, a potem „Je danse le Mia” – numer jeden w całej Francji, symbol marsylskiej kultury popularnej. IAM był wszędzie. Fonky Family był wtedy zupełnie gdzie indziej: młodsi, głodniejsi, z inną energią. Zamiast egipskich faraonów – ulica w czystej postaci.
W 1995 roku obydwie grupy znalazły się na tym samym koncercie ku pamięci Ibrahima Ali – ofiary rasistowskiego mordu, który wstrząsnął całą Francją. Akhenaton obserwował młodych z widowni i coś go uderzyło.
„Chill powiedział nam, że chciałby zrobić z nami numer. Nie spaliśmy tej nocy” – wspomina Sat. Następnego popołudnia Chill wrócił z propozycją: „Myślałem o tym całą noc i myślę, że dobrze was rozgryzłem. Proponuję temat: bad boys de Marseille.” Odpowiedzieli mu, że trafił w punkt.

Neapol: pierwsze studio, pierwsza rodzina
Chill musiał jechać do Neapolu, by nagrać tam swój album i zbliżyć się do włoskich korzeni. Zostawił im podkłady i powiedział: przyjedźcie, jak będziecie gotowi.
Tu pojawia się detal, który umknął w wielu relacjach: do Neapolu pojechali tylko czterej MC-e i Karima. Pone i DJ Djel zostali w Marsylii. „Jedyne, co zrobimy później, to znaleźć się na zdjęciu” – skomentował Djel, nie bez goryczy, ale i rozbawienia.
Dla pozostałych podział był jednak jasny: „Bez przesady – wszyscy jesteśmy wtedy jeszcze nikim. Więc znaleźć się na albumie Akhenatona to prawdziwy strzał. Nawet nie myśleliśmy, że możemy zajść aż tak daleko. To jest z porządku marzeń” – mówił Pone.
W Neapolu Akhenaton otworzył się przed nimi zupełnie. „Lądujemy w Neapolu i odkrywamy wszystko. Chill przedstawia nas całej swojej rodzinie, swojej żonie Aïchy, która była wtedy w ciąży z ich pierwszym dzieckiem” – relacjonuje Sat. Tydzień w południowym słońcu, studio, nagranie – „to było jak wakacje”.
Tymczasem w Marsylii Pone i Djel nie próżnowali. „Podczas gdy oni bawią się w Neapolu, my przepuszczamy kasę stowarzyszenia. Kupujemy zioło, jedzenie… Tamci wyjechali? My palimy i robimy muzykę! Pone nie przestaje produkować” – opowiada Djel. A Pone: „W tym okresie, gdy ich nie ma, pracuję średnio 16 godzin dziennie.”

„Ça tue?” – Oni sami nie byli pewni
Choa, Sat, Le Rat i Menzo wrócili z Neapolu z dwoma nagraniami: intro do „La Face B” i „Bad Boys de Marseille”. Kasy w stowarzyszeniu już nie było – przepalona do zera.
Ale był materiał. I tu pojawia się zaskakujący fakt: sami nie wierzyli w ten numer. „Nie wiemy, co myśleć o ‘Bad Boys de Marseille’ – jesteśmy trochę sceptyczni” – przyznaje Sat. Album „Métèque et mat” wychodzi, wszyscy wróżą mu gigantyczny sukces, a on startuje powoli. Pierwszy singiel „La Face B” – nie chwyta. „L’Americano” – też nie. „To jeden z najpiękniejszych francuskich albumów rapowych, a mimo to nie cieszy się popularnością” – podsumowuje Djel.
A potem zaczyna wracać jeden sygnał. Jeden, za to konsekwentny. „W tym samym czasie jest tylko jedna rzecz, która do nas wraca: ‘Kurwa, co to za numer ‘Bad Boys de Marseille’? Kim są ci goście, których zaprosiłeś? Miazga!’ My jesteśmy prawie zaskoczeni, bo sami uważamy, że aż tak bardzo nie zabija. Ale ludzie oszaleli na punkcie tego numeru” – mówi Sat.

Nowy Jork: walizka na cztery dni, lato na trzy miesiące
Sukces był tak duży, że zdecydowano o nagraniu nowej wersji (remiksu) w Nowym Jorku, gdzie IAM przebywali w 1996 w trakcie prac nad albumem “L’ecole du micro d’argent”.
Akhenaton wyczuł potencjał i zagrał va banque. Zadzwonił do swojej wytwórni Delabel i powiedział wprost: mam tu zabójczy numer i trzeba nakręcić klip. Wytwórnia się zgodziła – ale pod jednym warunkiem: Shurik’N nagrywa swoje ujęcia w Nowym Jorku, a „les petits” – ci młodzi – kręcą swoje w Marsylii.
Chill odmówił. Chciał, żeby wszyscy zostali z nim. Zaczął ciężkie negocjacje z Delabelem dokładnie w momencie, gdy FF pakowało się na samolot powrotny. Wytwórnia panicznie odliczała koszty: przygotowanie klipu zajmie minimum miesiąc i będzie drogo. Akhenaton miał to gdzieś. Walczył i wygrał.
Efekt? „Mieliśmy ubrania na cztery dni, a wylądowaliśmy na całe lato w Nowym Jorku, czekając na zdjęcia do klipu” – wspomina Sat z rozbrajającą mieszaniną dumy i niedowierzania.
Djel w Marsylii z kolei: „Z Pone’em myśleliśmy, że już nigdy nie wrócą!”
Samo przybycie do Nowego Jorku wygląda jak scena z drogi do sławy przez chaos: „Kiedy lądujemy na lotnisku, nikt na nas nie czeka. Patrzymy po sobie – nikt nie ma kasy. Bierzemy autobus. Dojeżdżamy do studia… Tam, czarna dziura: palę wielkiego jointa i padam! Welcome to New York!” Następnego ranka Akhenaton miał już gotowy beat i czekał z instrukcją: cztery wersy od każdego, format radiowy/singlowy. Wiedział dokładnie, jak ma wyglądać wynik.
Lato z IAM okazało się lekcją, której nie mógł dać żaden kurs. „Przez całe lato jesteśmy z IAM. Jemy dobrze, wychodzimy, dużo się uczymy… Robimy się mali! W tym momencie – i podpisuję się pod tym, co mówię – IAM grzebie w legendarnych amerykańskich grupach, a Chill jako producent jest wśród najlepszych na świecie” – mówi Sat.
Djel i Pone, znowu w Marsylii, znowu przy pracy. „Pone puszcza podkłady w mieszkaniu. Kręcę mu jointy i słuchamy sampli, podczas gdy tamci żyją tym, o czym wszyscy marzyliśmy” – relacjonuje Djel. Ale nie bez motywacji: „Obaj musimy być na ich poziomie – nie byliśmy na singlu. To nas napędza jeszcze bardziej.”
W Nowym Jorku, nagrano też alternatywną “dziką” (sauvage) wersję “Bad Boys de Marseille”, w której pojawia się jeszcze amerykański raper Bruizza. To właśnie tę wersję, Sat do dziś ceni najbardziej za czysty, rapowy klimat.

Teledysk jak z Hollywood
Klip wyreżyserował Florent Siri – wtedy jedno z najgorętszych nazwisk w świecie wideoklipów, lata później reżyser thrillerów kinowych. Produkcja była gigantyczna: kaskaderzy, pirotechnicy, rozbudowana logistyka. I pewien aktor z planu “Goodfellas” Scorsese, który między ujęciami rozdawał autografy.
Ale najciekawszy detal techniczny dotyczy samych raperów. Żeby uzyskać charakterystyczny efekt wizualny – precyzyjną synchronizację ust z muzyką przy dynamicznym montażu – musieli nauczyć się i nagrać cały tekst w zwolnionym tempie. Na ekranie dało to efekt, którego nie da się podrobić żadnym postprodukcyjnym trikiem.
Klip wszedł do rotacji telewizyjnej. FF stało się twarzą nowej Marsylii.

Gorzki smak SACEM
Tu zaczyna się rozdział, który mógłby być scenariuszem czarnej komedii – gdyby nie był tragedią o tym, jak system muzyczny traktuje artystów bez prawników.
„Wszyscy mówią nam, że piosenka gra wszędzie, więc czekamy na kasę! Rzecz, której nie wiemy, to że SACEM (francuski odpowiednik ZAIKS) nie płaci ci na bieżąco. Jest okres opóźnienia: umieramy z głodu, a tymczasem mamy klip w telewizji i piosenka lecącą w kółko w radiu… To nas psuje, ten okres” – wspomina Sat.
W jego przypadku sytuacja była jeszcze bardziej kafkowska. „Poza tym jest gość, który ma to samo imię i nazwisko co ja w SACEM i jest opłacany zamiast mnie. Musiałem pojechać do Paryża odzyskać moją kasę. Pamiętam, że wstałem na biurku gościa z SACEM, grożąc mu monitorem jego komputera nad głową! Przez to zostałem szybko spłacony – co dowodzi, że to nie zawsze dyplomacja działa.”

„Ultimatum” i narodziny Côté Obscur
Po sukcesie numeru wiele wytwórni zaczęło kręcić się wokół FF. Ale była jedna logika, której nie dało się obejść: „To IAM nas wypromował, więc logika jest taka, żeby z nimi kontynuować” – mówi Sat. Zaufanie było jednak warunkowe. Słyszeli, że przed nimi podobną propozycję dostawały inne grupy i z niczego nie wyszło.
„Daliśmy im rodzaj ultimatum: jeśli chcecie to zrobić, zróbcie to szybko. Dotrzymali słowa: stworzyli Côté Obscur, złożyli nam propozycje kontraktów i podpisaliśmy.”
Djel pierwszą zaliczkę przeznaczył na sprzęt. „Wreszcie będę miał swój sprzęt DJ-ski! W tym momencie wciąż nie zdajemy sobie sprawy, co nas czeka.”
Pod koniec 1996 roku w studiu Le Petit Mas w Martigues ruszają pierwsze sesje do albumu, który wejdzie do historii jako „Si Dieu veut…” Kiedy Côté Obscur dało zielone światło, FF miało już gotowych około dwunastu numerów. „Ale i tak mieliśmy ogromną presję. Wiedzieliśmy, że nie mamy prawa do błędu. Nie mogliśmy zmarnować szansy, która nam się trafiła.”

Dziedzictwo
Jest jedna scena, która mówi więcej o charakterze FF niż jakikolwiek wywiad. Po powrocie z Nowego Jorku, gdy „Bad Boys de Marseille” grało w każdym radiu i zewsząd spływały zaproszenia na koncerty, Fonky Family… odmawiało zagrania tego numeru na scenie. „Jesteśmy takimi świrami, że nie gramy nawet tego numeru na koncertach, żeby udowodnić ludziom: nie ograniczajcie nas tylko do tego” – wyjaśnia Sat.
To był gest artystyczny i tożsamościowy jednocześnie. FF wiedziało, że jeden hit to za mało, żeby zdefiniować, kim są. „Bad Boys de Marseille” otworzyło drzwi – ale to, co przez nie weszło, było czymś znacznie większym.
„Si Dieu veut…” (1998) udowodniło to raz na zawsze.

Wypowiedzi Fonky Family pochodzą z książki “L’Obsession Rap”.

Zobacz także